Dzień dwudziesty trzeci
Wczoraj byłam zmęczona. Nie czekałam, aż zmieni się cyferka w kalendarzu. Posłuchałam swojego organizmu i poszłam spać przed przywitaniem Nowego Roku.
Dziś zostałam obudzona w celu zmierzenia ciśnienia. Było w porządku. Podwyższone mam wtedy, gdy odczuwam ból. Szukałam pani pielęgniarki. Okazało się, że była w sali nr 3. Zobaczyłam młodą dziewczynę z widocznymi bliznami i ranami po samookaleczeniu. Przy śniadaniu stanęłam w jej obronie.
Na oddziale każda z nas ma jakąś historię. Cierpienie powinno uczyć empatii. Nie zawsze tak jest. Osobom starszym trudno jest zrozumieć uzależnienie, np. od nikotyny, czy samookaleczenie. „Ja tego nie rozumiem. Jakie ona ma ręce!”
Na oddziale powinny być przynajmniej ulotki o najczęstszych zaburzeniach psychicznych oraz reakcjach na nie. Brakuje psychoedukacji na te tematy. Rozumiem — jest to oddział ogólnopsychiatryczny (ostry). Celem jest ustabilizowanie osób w kryzysie psychicznym. W trakcie leczenia dochodzi jednak do interakcji między współpacjentkami. Nie każda wie, jak się zachować. W takiej sytuacji można przypadkowo komuś zaszkodzić, striggerować do SH. Obie strony zaczynają cierpieć.
Niestety nie każdy ma dar rozumienia innych i nieoceniania ich. Muszę wrócić do przedostatniego akapitu. Na oddziale jest pacjentka z licznymi bliznami i ranami. Starsza osoba zaczęła komentować blizny po SH. Właśnie wtedy padły te słowa: „Ja tego nie rozumiem.” Mnie też trudno jest pojąć ilość cierpienia tej pacjentki, natomiast potrafię podejść do niej z empatią i stanąć w jej obronie. Nie będę tolerować zachowań wynikających z braku wiedzy lub braku empatii wobec SH.
Po obiedzie słuchałam Koncertu Wiedeńskiego. Niestety nie od początku, gdyż podczas obiadu telewizor był wyłączony. Koncert był miodem dla moich uszu. Cudne orkiestracje utworów, dramaturgia dynamiki, agogiki… Dyrygent rzeźbi w plastycznej tkance orkiestry. To jest sztuka. Lekka, niewymagająca podążania za kontrapunktem czy pracą motywiczną. Nie zabrakło też czegoś nietypowego — ciekawy utwór, chyba polka, z efektem odgłosów kolei i dźwiękami towarzyszącymi, np. odjazdom lokomotywy parowej ze stacji.
Dziś odwiedziny doszły do skutku. Przyjechała do mnie mama z babcią. Babcia pytała, czy lepiej się czuję. Bez porównania. Nie mam niechcianych myśli, nawet przy bólu. Babcia czytała też mój dziennik. Powiedziała, że ładnie piszę. Miło słyszeć pozytywny feedback. Spotkanie przebiegło spokojnie. Mama doczepiła się do sformułowania, że rodzice zaakceptują mój wybór. Tylko mama wyraziła taką postawę. Tata nie jest rozmowny. Prawie nic nie mówi.
Kolacja dziś obfita w słodkie bułki. Mam zachomikowanych kilka kawałków wraz z chlebem i szynką. Dziś ta szynka prawdziwa, nie mortadela. Po obiedzie rozmawiałam z Nadią — nie pierwszy i nie ostatni raz. Niestety fibromialgia mnie dopadła. Zauważam korelację: brak personelu lekarskiego nasila objawy FMS. W reakcji na ból, który jest stresujący, dostałam ataku zaburzeń odżywiania.
Nagle złapało mnie zmęczenie i poszłam spać.
Dzień dwudziesty czwarty
Ciałko coś tam mówi. Da się funkcjonować. Podczas zebrania społeczności zaproponowano mi bycie przewodniczącą. Odbieram to jako zaszczyt i sygnał wysokiej pozycji społecznej. Szkoda, że w środowiskach zawodowych nie jestem dostrzegana. Mogę przytoczyć sytuację z pracy. Było kilka dni, kiedy — aby mnie „zterapeutyzować” — byłam wołana do tego, żeby zrobić podkreślenia w tekście albo pousuwać spacje. Come on. Pozwólcie mi przeżywać trudne emocje. Taka czynność nie zmieni moich przekonań bazowych.
W tym cisheteronormatywnym środowisku czuję się jak niepasujący puzzel. Codziennie towarzyszy mi stres mniejszościowy związany z dysforią głosu. Jestem zmęczona. Brakuje mi fizycznych sił. Użyczony kubek niech na mnie czeka. Może nie dostanie „nóg” i nie zmieni właściciela — jak pilniczek, cukier, żel pod prysznic i gąbka do ciała. Tu niestety giną drobne przedmioty. — Ale że gąbka? — Niepojęte.
Rano ciało dawało o sobie znać. Po obiedzie przyszło ogromne, FMS-owe zmęczenie. Nie miałam siły nawet siedzieć. Zabrałam kołdrę i położyłam się na pufie. Zmęczenie nie ustępowało. Poszłam do siebie, żeby się przespać. Spałam około godziny. Nogi nadal były ciężkie, aż w końcu doszłam do siebie.
Jestem niedopasowanym, niepasującym puzzlem w tym świecie!
Mama wysłała mi na WhatsAppie post zaczynający się od słów: „Gdybym dziś słyszała Boga… i gdyby mówił bez religii”. Poruszyły mnie te słowa. Tak, jakby były odpowiedzią na powyższy cytat.
Dzień dwudziesty piąty
Ciałko coś tam mówi. Da się funkcjonować. Podczas zebrania społeczności zaproponowano mi bycie przewodniczącą. Odbieram to jako zaszczyt i sygnał wysokiej pozycji społecznej. Szkoda, że w środowiskach zawodowych nie jestem dostrzegana. Mogę przytoczyć sytuację z pracy. Było kilka dni, kiedy — aby mnie „zterapeutyzować” — byłam wołana do tego, żeby zrobić podkreślenia w tekście albo pousuwać spacje. Come on. Pozwólcie mi przeżywać trudne emocje. Taka czynność nie zmieni moich przekonań bazowych.
W tym cisheteronormatywnym środowisku czuję się jak niepasujący puzzel. Codziennie towarzyszy mi stres mniejszościowy związany z dysforią głosu. Jestem zmęczona. Brakuje mi fizycznych sił. Użyczony kubek niech na mnie czeka. Może nie dostanie „nóg” i nie zmieni właściciela — jak pilniczek, cukier, żel pod prysznic i gąbka do ciała. Tu niestety giną drobne przedmioty. — Ale że gąbka? — Niepojęte.
Rano ciało dawało o sobie znać. Po obiedzie przyszło ogromne, FMS-owe zmęczenie. Nie miałam siły nawet siedzieć. Zabrałam kołdrę i położyłam się na pufie. Zmęczenie nie ustępowało. Poszłam do siebie, żeby się przespać. Spałam około godziny. Nogi nadal były ciężkie, aż w końcu doszłam do siebie.
Jestem niedopasowanym, niepasującym puzzlem w tym świecie!
Mama wysłała mi na WhatsAppie post zaczynający się od słów: „Gdybym dziś słyszała Boga… i gdyby mówił bez religii”. Poruszyły mnie te słowa. Tak, jakby były odpowiedzią na powyższy cytat.
Dzień dwudziesty szósty
Dzień niczym się nie wyróżniał. Był bardzo spokojny. Minęły myśli porównujące mnie do niedopasowanego puzzla.
Rodzice przyjechali do mnie w odwiedziny. To już drugi raz, kiedy odwiedziny trwały półtorej godziny 🤫. Cichutko… nikt ma o tym nie wiedzieć 😝. Rodzice przywieźli mi dużą walizkę. Jutro spakuję do niej niepotrzebne ubrania i rzeczy, żebym wracała w poniedziałek z Nadią z lekką walizką — tylko z najpotrzebniejszymi rzeczami.
Ciągle jestem zmęczona fizycznie i senna. Wypiłam napój kawowy, ale po nim nadal chciało mi się spać. Po odwiedzinach poszłam spać.
Kolacja 😓. Dobrze, że chociaż do kanapek był miód. Serek twarożek nie przejdzie mi przez gardło. Dobrze też, że zrobiłam zapasy. Miałam szynkę i pasztet pieczony, więc pisałam, z czym zjeść kolację.
Może nie mam głodu na substancje, ale BED pragnął jedzenia. Trochę jestem zła, że nikt nie chce wpisać diagnozy zaburzeń odżywiania. Jest to problem, który również można poruszyć na terapii uzależnień, choć samo w sobie nie jest klasyfikowane jako uzależnienie. Mechanizm działania jest podobny do uzależnień: pojawia się napięcie emocjonalne, potem głód — obsesja, która przekształca się w kompulsję, czyli spożywanie jedzenia.
Dzień dwudziesty siódmy
Ostatnie kilka godzin spędzam za drzwiami oddziału. Po mnie przyjadą Tata i Nadia. Nie byłam dziś na porannej gimnastyce. Pielęgniarka miała pretensje, że nie wstałyśmy na 7:15 na pomiar ciśnienia, choć nikt mnie nie poinformował, o której godzinie odbywa się mierzenie. Ciśnienie wynosiło 100/80.
Nadia przyjechała około wpół do trzynastej. Nie udało się indoktrynować oddziału naszą czułością — większość pacjentek poszła na spacer, gdy byłyśmy razem. Czekałam na wypis. W trakcie całego pobytu lekarka zapomniała zlecić badania krwi. Po nzątkowo chciała mnie zostawić do środy, bo „jak to wypis bez badań?”. Udało mi się jednak przekonać ją, że dalszy pobyt wyłącznie w celu wykonania badań nie ma dla mnie sensu.
Gdy wypis był gotowy, lekarka omówiła ze mną rozpoznania, zalecenia oraz przyjmowane leki. Wspomniała również o konieczności ponownej adaptacji w środowisku, w którym funkcjonuję. Tak więc mimo wyjścia ze szpitala, dopiero zaczynam wracać do sprawności.
Jestem w domu
Po przyjeździe do domu zaczęłam się rozpakowywać. Bardzo irytowało mnie to, że rzeczy nie są poukładane. To dość nietypowe — do tej pory bałagan mi nie przeszkadzał, chyba że zachodził we mnie jakiś proces psychologiczny. Po pewnym czasie byłam bardzo zmęczona. Ugotowałam obiad.
W trakcie gotowania powiedziałam Nadii, że wróciły „eski” i że muszę się ponownie zaadaptować. Owszem, w szpitalu miałam dużo przestrzeni, ale nie było tam żadnych wymagań. Kiedy chciałam, mogłam po prostu pójść odpocząć. W świecie poza szpitalem tak to nie działa. Obowiązują sztywne ramy, które czasem da się naginać, ale jednak istnieją. To na pewno nie jest orkiestra, gdzie wszystko ma swoje ścisłe zasady — jak stać, kiedy grać i co grać. Poza tym nie mam nawet zimowej kurtki z porządnej orkiestry.
Po obiedzie poszłam spać. Nadia obudziła mnie około 21:00, podała leki i znów poszłam spać. Obudziłam się około 0:30 i od tego momentu nie mogę zasnąć. Zastanawiam się, czy wziąć leki, czy spróbować jakoś spożytkować nocną energię. Zobaczymy.
