Hospitalizacja w Szpitalu Babińskiego w Krakowie

Dzień czternasty

Minęły już dwa tygodnie odkąd jestem w szpitalu. Od kilku dni jest gorzej. Rozmyślam nad odbiorem przekazania informacji: Nie widzę Pani poza oddziałem zamkniętym. Jak Pani zabierze to będzie Pani cyklicznie tu wracać na oddział ostry. Wyobraź sobie. Jestem na tyle chora, że muszą mnie leczyć przez rok, aby zapobiedz nawrotą choroby. Rok za zamkniętymi drzwiami.

Dziś mi odmówiono prawa do samodzielnych wyjść, tydzień temu odmówiono mi przepustki na święta bo Pani jest uzależniona. Gdybym chciała to nawet do szpitala przywieźli by mi substancje psychoaktywne. Nie tak trudno tu wnieść przedmioty regulaminowo niedozwolone, czy substancje psychoaktywne.

Na tą chwilę nie było żadnego wydarzenia, aby wzmocnić zabezpieczenia i przeszukiwać torby noszone przez rodziny czy kurierów. Dobrze wiemy jak rozwinięta jest sieć dystrybucji nielegalnych substancji na czarnym rynku. Popularny jest jeden z komunikatorów. Nie posiadam na nim konta, aby do głowy mi nie przyszło kupienie czegoś mocniejszego niż tramadol.

Dopiero tu, na oddziale zamkniętym, dostrzegam siłę uzależnienia. Jak widać, od kilku dni jest to temat numer jeden. Przed przyjęciem zawsze było: „dobra, dzisiaj sobie pozwolę, bo mam ciężki dzień”, „bo boli FMS”. Tu nie mam takiej możliwości. To była iluzja kontroli, a w rzeczywistości — jej brak. Głód kieruje życiem.

To czego mi brakuje to psychoterapii.

Dzień pietnasty. Wigilia Bożego Narodzenia

Dziś w rzymskokatolickiej tradycji przypada Wigilia Bożego Narodzenia. Czuję się lepiej niż w poprzednie dni. Myślę, że wiele dało to, że mogłam dać upust swoim emocjom i opowiedzieć historię uzależnienia.

Szczerze mówiąc, coraz mniej chce mi się prowadzić dziennik. Robię to głównie dlatego, że widzę w tym sens. Chcę odczarować psychiatrię i jej negatywny wydźwięk.

Wigilię spędziłam z Mamą i Siostrą. Gdy siostra weszła i zaczęła się rozbierać, zapytałam ją półżartem:
— No i jak wygląda świat za zamkniętymi drzwiami? Gdzie te krzyki?

Kiedy rodzina przyszła w odwiedziny, stoły były już nakryte obrusami. Mama rozłożyła świąteczne ozdoby i wyjęła wigilijne potrawy, którymi podzieliłyśmy się z innymi pacjentkami. Nie zabrakło życzeń. Wiem, że Mama chciałaby, abym nie miała problemów. Sama tego pragnę, ale mam świadomość, że moje leczenie jeszcze trochę potrwa. Chciałabym skupić się na pracy i na rozwijaniu związku z Nadią.

Po rodzinnej wigilii odbyła się wigilia oddziałowa. Poprosiłam o symboliczną porcję zupy grzybowej, jednak dostałam pełen talerz. Nawet pojemność mojego brzucha ma swoje granice — nie byłam w stanie zjeść wszystkiego. O kolejne dania nie prosiłam.

Po wigilii nastąpiło kolędowanie. Po pewnym czasie przejęłam rolę kantorki i zaczęłam prowadzić śpiew. Dziewczyny z oddziału były zachwycone moim głosem. Lubię go, choć z racji anatomii krtani nie jest to głos stereotypowo przypisywany głosom żeńskim.

Jedna z pań powiedziała mi, że usłyszała głos Jezusa. Zapytałam: jak to? Doprecyzowała, że w moim głosie. To było ciekawe doświadczenie. W te święta nie czułam jednak iskierki wiary — podeszłam do nich raczej jak do mitologii.

Po kolędowaniu byłam na tyle zmęczona, że położyłam się spać.

Dzień szesnasty

Obudziłam się z bólem i sztywnością. Od razu wiedziałam, że to będzie ciężki dzień – i nie myliłam się. Fibromialgia ukazała się w całej okazałości. Z tego powodu ograniczyłam aktywność fizyczną do minimum i postawiłam na odpoczynek. Mój nastrój od rana był obniżony, co niestety nie jest niczym nowym przy FMS 😓.

​Zaczynam czuć stres związany z wypisem ze szpitala. Na razie jestem tutaj bezpiecznie odizolowana od substancji psychoaktywnych, ale wiem, że po wyjściu będę musiała zmierzyć się z uzależnieniem w „prawdziwym świecie”.

​Dziś znów odwiedzili mnie rodzice, przywieźli ciasta. Nie byłam jednak rozmowna; czułam się skrajnie przebodźcowana. Każdy dźwięk z telewizora czy rozmowy innych pacjentek sprawiały mi niemal fizyczny ból. Mama od razu zauważyła, że źle się czuję.

Gdy rodzice pojechali, położyłam się do łóżka. Napisałam Nadii, jak bardzo jest źle. Po chwili rozmowy Nadia uznała, że musi interweniować i zadzwoniła na dyżurkę. Przyszła pielęgniarka, by zapytać, co się dzieje, a ja krótko wyjaśniłam: „FMS”.

​Podczas ataku pojawiły się również myśli autodestrukcyjne. Lekarz dyżurujący był bardzo miły – wiedział, czym jest fibromialgia i jakiego rodzaju jest to ból.

​Zaczęłam mówić pielęgniarce, że mogłabym spaść ze schodów, byle tylko ona nie miała złamanego kręgosłupa – tylko ja. Zaraz potem zaczęłam ją przepraszać, że wygaduję takie głupoty, ale dzięki takiemu wyrzuceniu z siebie myśli jest mi jakoś lżej to wszystko znieść.

​Po pewnym czasie metamizol w dawce 500 mg przyniósł ulgę.

Po powrocie od lekarza i pielęgniarki jeszcze chwilę porozmawiałam z Nadią i zasnęłam.

Dzień siedemnasty

Kolejny dzień. Obudziłam się z typowymi objawami fibromialgii – zupełnie jak wczoraj. Poranek spędziłam na uzupełnianiu kroniki oddziałowej. Napisałam w niej, że biologia lubi płatać psikusy, obdarzając kobietę stereotypowo męskim głosem – tenorem. Chciałam zostawić choć odrobinę transowości w tym cisheteronormatywnym społeczeństwie.

​Posiłki były zróżnicowane. Śniadanie oceniam średnio – parówki były kiepskiej jakości, ale brzuszek domagał się jedzenia. Obiad natomiast okazał się całkiem niezły. Po posiłku myślałam, że uda mi się zasnąć; objawy bólowe nie były jeszcze tak nasilone jak teraz. Przyjęłam leki, choć chyba zapomniałam o kroplach do nosa – nie pamiętam dokładnie.

​Pół godziny później odwiedzili mnie rodzice. Przynieśli coś do przekąszenia. Od mamy dowiedziałam się, jak siostra zareagowała na rozstanie po powrocie do domu. Ta emotka najlepiej oddaje to, co się stało: 🤮. Mama zawsze bardzo przeżywa pożegnania. Pewnie chciałaby, abym była już w domu. Przed południem rozmawiałyśmy o kontynuowaniu leczenia po wyjściu z oddziału. Mamo, jeśli czytasz te słowa – wiedz, że Cię kocham. Przykro mi patrzeć, jak trudno Ci się ze mną żegnać. Wiem, że dla Ciebie te wszystkie słowa i rzeczywistość, w której tkwię, brzmią strasznie. Ja natomiast zdążyłam już przywyknąć do ograniczeń – do tego, że spacer odbywa się na spacerniaku i że nie mogę wyjść sama poza teren szpitala.

​Po odwiedzinach wypiłam cappuccino. Rozmawiałam z Lilianą o tym, że dzisiaj na oddziale jest jakoś pusto i brakuje kogoś do rozmowy. Chwilę pogawędziłyśmy, dostałam pierniczka i wróciłam do siebie, by dalej walczyć z demonem fibromialgii.

​Po obfitej kolacji zadzwoniłam na wideorozmowę do Nadii. Niestety niski stan baterii i brak szybkiego ładowania uniemożliwiły dłuższą rozmowę. Próbowałam przeczekać ból, ale stał się na tyle silny, że poprosiłam pielęgniarki o coś przeciwbólowego. Dostałam ibuprofen w kapsułkach żelatynowych. Przyniósł ulgę, choć ból nie ustąpił całkowicie – stał się jednak możliwy do wytrzymania.

​Dziś, na szczęście, mój umysł nie ogniskuje się wokół cierpienia. Nie pojawiają się myśli autodestrukcyjne, co bardzo mnie cieszy. Rozmyślałam też o tym, jak zostałaby odebrana zbiórka na bolida (skuter inwalidzki) przy samym rozpoznaniu FMS. W dni takie jak wczoraj czy dziś byłby on realną pomocą. Chodzik to zupełnie nie moja bajka.

Po odwiedzinach wypiłam cappuccino. Rozmawiałam z Lilianą o tym, że dzisiaj na oddziale jest jakoś pusto i brakuje kogoś do rozmowy. Chwilę pogawędziłyśmy, dostałam pierniczka i wróciłam do siebie, by dalej walczyć z demonem fibromialgii.

​Po obfitej kolacji zadzwoniłam na wideorozmowę do Nadii. Niestety niski stan baterii i brak szybkiego ładowania uniemożliwiły dłuższą rozmowę. Próbowałam przeczekać ból, ale stał się na tyle silny, że poprosiłam pielęgniarki o coś przeciwbólowego. Dostałam ibuprofen w kapsułkach żelatynowych. Przyniósł ulgę, choć ból nie ustąpił całkowicie – stał się jednak możliwy do wytrzymania.

​Dziś, na szczęście, mój umysł nie ogniskuje się wokół cierpienia. Nie pojawiają się myśli autodestrukcyjne, co bardzo mnie cieszy. Rozmyślałam też o tym, jak zostałaby odebrana zbiórka na bolida (skuter inwalidzki) przy samym rozpoznaniu FMS. W dni takie jak wczoraj czy dziś byłby on realną pomocą. Chodzik to zupełnie nie moja bajka.

Dzień osiemnasty

Dzień rozpoczął się tak jak w ostatnich dniach – fibromialgia. Bardzo szybko objawy nasiliły się do stopnia, który zaburzył całościowe funkcjonowanie organizmu.

W międzyczasie analizowałam trudny przypadek znajomej. Dla ochrony kim ona jest nie będę zdradzać żadnych informacji o stanie jej zdrowia. Powiem tylko, że jej historia jest smutna. Bardzo współczułam jej sytuacji. Wynikiem tej pracy emocjonalnej i intelektualnej jest zarys artykułu lub książki: Nurt integratywny w pracy asystenta zdrowienia. Szerokie skojarzenia i przemyślenia doprowadziły do wypracowania metodologii asystentury zdrowienia wykraczającej poza tradycyjne ramy, włączając w to na przykład muzykoterapię opartą na utworach klasycznych.

Jak codziennie w tym świątecznym czasie przyjechała do mnie rodzina. Rozmowa jakoś się kleiła. Miałam tylko pytanie, czy nie męczy ich przyjeżdżanie do mnie tylko na 45 minut.

Po odwiedzinach długo rozmawiałam z Nadią i grałyśmy w Double. Oczywiście przegrywałam, ale grałam dla przyjemności.

Wyjątkowo dobrze mi się rozmawiało z Nadią. Nadrobiłyśmy zaległości w kontakcie. Gdy się gorzej czuję, nie mam siły na rozmowy.

Cały dzień unikałam aktywności, aby nie musieć brać leków przeciwbólowych. W południe byłam bliska sięgnięcia po nie. Codziennie walczę, żeby ich nie brać.

Ogólnie dzień oceniam jako dobry, pomimo ograniczeń mojego ciała.

Dzień dziewiętnasty

Dzień znów rozpoczął się od fibromialgii. Nastrój był zmienny. Przez około pół godziny odczuwałam lęk. Spodziewałam się, że spotkanie z rodzicami nie będzie proste. Mama wysłała mi artykuł o fibromialgii. Chce mi pomóc za wszelką cenę, nawet przez „medycynę niekonwencjonalną”. Jestem przeciwniczką praktyk podszywających się pod leczenie.

Tak jak się spodziewałam, rozmowa była trudna. Negatywnie wypowiadałam się na temat rehabilitacji ze względu na towarzyszący jej ból. Ból jest jedną z moich traum. Unikam go za wszelką cenę.

Pewnych kwestii rozmowy nie upublicznię. Są zbyt prywatne, aby dzielić się nimi publicznie. To, co mogę powiedzieć, to że ostatecznie rodzice uszanują moją wolę — niezależnie od tego, czy kiedyś będę musiała korzystać z bolidu. W ogóle, na samą wzmiankę o wózku aktywnym rodzice pomyśleli, że chodzi mi o elektryczny 😆. Nie — manualny. Tata zaczął mówić o tym, kto będzie mnie pchać, a ja odpowiedziałam, że taki wózek nie ma nawet rączek (choć może je mieć — to kwestia konfiguracji). Zależy mi na samodzielnym poruszaniu się.

Dalsza część rozmowy przebiegała już swobodniej. Napięcie zostało rozładowane. Mam dalsze plany leczenia.

Resztę dnia spędziłam na rozmowie z Nadią i unikaniu bólu. Dopiero wieczorem udało się go opanować bez środków farmakologicznych. Dla tych, którzy nie wiedzą, jak wygląda moje funkcjonowanie bez leków przeciwbólowych: gdy gotuję obiad, moje ruchy rąk są nieskoordynowane. Gdy ból przekracza pewną granicę, muszę się położyć. Nie jestem w stanie — z powodu bólu i zmęczenia — zajmować się nawet prostymi rzeczami. Dlatego tak bardzo nienawidzę bólu, który towarzyszy mi od szesnastego roku życia. To już jedenaście lat.

Psychicznie czuję się dobrze. Będę szczera: boję się dalszego leczenia, ale bardzo brakuje mi psychoterapii i możliwości wyrzucenia z siebie emocji. Tu czuję się zbyt bezpiecznie. Jestem odizolowana od świata zewnętrznego. Brak stresora związanego z pracą poprawił moje samopoczucie. Diagnoza zaburzeń adaptacyjnych była trafna i doprowadziła do hospitalizacji, jednak uważam, że należałoby poszerzyć diagnostykę psychologiczną — co planuję zrobić prywatnie.

Dzień dwudziesty

Już prawie trzy tygodnie minęły od mojego przyjęcia na oddział. Dziś miałam kwalifikację na oddział podwójnej diagnozy — ten, który trwa pełen rok w zamknięciu. Po rozmowie z lekarką mój plan leczenia wydaje się adekwatny do aktualnego stanu psychicznego. Co ciekawe, dziś nawet nie towarzyszył mi głód, chociaż przed wizytą bardzo się stresowałam. Objawem lęku były trzęsące się ręce.

Kwalifikację do oddziału wykorzystałam głównie na konsultacje. Od samego początku wiedziałam, że nie chcę iść na oddział zamknięty. Nie powinnam się porównywać do innych, ale nie uważam, że jestem aż tak ciężkim przypadkiem klinicznym, by zabezpieczać mnie przed dostępem do substancji fizycznie zamkniętymi drzwiami. Są inne ośrodki, w których leczenie zamknięte trwa krócej.

Dziś dużo rozmawiałam z rodziną — złożyło się na to wiele okazji. Na szczęście fale radiowe przenikają przez mury. Ogólna ocena tego dziennika jest pozytywna i uznawana za przydatną dla rodziny. Mam nadzieję, że dotrze także do osób, które obawiają się hospitalizacji. Każda hospitalizacja jest inna, każdy trafia z innym rozpoznaniem, a leczenie wygląda inaczej. Często trudno jest dobrać odpowiednią formę terapii. No i ta tabelka, ile dni NFZ refunduje hospitalizację 🤬 — to wszystko wtłacza leczenie w systemowe ramy, a pacjent staje się numerkiem w systemie.

Jutro podejdę do v-ce ordynatorki z tym samym pytaniem, ale poproszę o źródło tego wykazu. Nie sprawdzałam jeszcze wyników zwróconych przez AI odnośnie finansowania. Gemini podpowiada, aby szukać informacji w Bazie aktów NFZ oraz w Katalogu Grup JGP. Jako zastępczyni ordynatora powinna najlepiej wiedzieć, jak to wygląda w praktyce.

Ciekawym zjawiskiem jest „przetrzymywanie” w szpitalu praktycznie do zakończenia okresu refundacji leczenia przez NFZ. Na ten moment na oddziale, na którym przebywam, jest sporo wolnych miejsc. Motywacji może być więc kilka, a jedną z nich może być refundacja kosztów. To na razie luźna rozkmina.

Czas na prześwietlenie myśli. Zauważyłam, że przestałam orientować się, jaka jest data. Zaczęłam odliczać, ile dni zostało do wypisu. Spacer nazywam spacerniakiem, bo odbywa się pod nadzorem personelu. Odwiedziny to widzenia — z racji określonej godziny i limitu 45 minut.

Dzień dwudziesty pierwszy i dwudziesty drugi

Postanowiłam dwa dni opisać jako treść jednego nagłówka. Narracja jest sporządzona z perspektywy kolejnego dnia. Te dni tworzą swoiste kontinuum i stapiają się w jedną całość. Tylko przy silnych bodźcach czuję dostęp do emocji.

Za pomocą komunikatorów informacje docierają nawet przez szpitalne ściany. Tak było tym razem. Dopiero dziś odczytałam wiadomość, która wzywała do ogarnięcia się. Bo przecież moje słowa o przemocy są nieprawdą. Swoje słyszałam nie z opowieści, lecz z odgłosów w tle. Łatwiej udawać, że problemu nie ma i patrzeć mi na ręce, co publikuję w internecie.

Sytuacja ta dotknęła mnie i wyzwoliła pokłady złości. Napisałam odpowiedź. Z innych źródeł wiem, że zostałam nazwana pedałem. Fałsz – jestem lesbą. Co ciekawe, do mnie ta osoba powie Nadia, a do Nadii – deadname. „Przecież rodzice nic złego nie robią”. W mojej ocenie powinni współodpowiadać za rozstrój zdrowia na ponad 7 dni.

Nieraz żałuję, że przemocy nie można karać przemocą w takiej formie, aby zabolała ona sprawcę przemocy.

Moje reakcje na przemoc są bardzo intensywne. Wynika to z doznawanej przemocy. Niedawno zostało mi zadane pytanie, czy ktoś poniósł konsekwencje przemocy. – Nie. Nikt nie poniósł większych konsekwencji niż uwaga w dzienniku lub konieczność bycia na tzw. wywiadówce razem z rodzicem. Moja wychowawczyni była za słaba psychicznie, aby podjąć kroki. Myślę, że sama się bała. A co ja mam powiedzieć?

Dziś tj. 30.12.2025 postanowiłam, że nie będę rozmawiała z lekarką. Opisane wydarzenia miały miejsce po południu. Wizyty lekarskie są przed południem. Nie spodziewałam się, że zauważę słowa: odwal się od mojej rodziny i przestań ją szkalować.

Czuję silne emocje, pomimo że słowa te piszę kolejnego dnia. Czuję emocje, ale nie mam ochoty na substancje psychoaktywne. Jakoś znikł mi głód – przynajmniej na tę chwilę. Nie wiem, jak będzie po wyjściu w poniedziałek.

Nadia rozmawiała z moją mamą. Przyjedzie w niedzielę. To znaczy, że będzie przy mnie gdy będę wypisywana do domu 😊. To oznacza, że będzie indoktrynacja homoseksualna współpacjentek 😆.

Z rzeczy nieoczywistych: wczoraj byłam kotodziewczynką. Nie wytrzymałam braku typowych queerowych zachowań, które są normalne w tym środowisku. Meow, meow, meow. Łażenie się i mruczenie 😺😸😽.

31.12.2025, rozmawiałam z lekarką i powiedziała mi, że z upośledzeniem umysłowym nie prowadzi się psychoterapii. Do tego prowadzą inhalaty.

Lekarka również odniosła się do rozmowy kwalifikacyjnej na oddziale podwójnej diagnozy.

  1. Brak motywacji do podjęcia się leczenia na tym oddziale,
  2. Poszłam na kwalifikacje, bo lekarka to zasugerowała.

Znów powtórzę swoje słowa, porównując się do innych: Nie jestem taką ćpunką, aby zamknąć się na rok w szpitalu. Nadużywanie substancji – o ile można w ogóle tak powiedzieć – wynika z zaburzeń osobowości. One są pierwotnym źródłem problemu. Każda historia uzależnień jest inna, ale zawsze są jakieś przyczyny uzależnienia. Dziś nie mam głodu, a odczuwam silne emocje. W tej chwili aż czułam kłucie w klatce piersiowej. Emocje są w ciele.

Refleksje

Przyzwyczaiłam się do bycia tutaj. Życie jest łatwiejsze. Brak obowiązków, obiad podany do stolika. – Szpital. Psychiatryk. – Bez znaczenia. Plany na sylwestra. Przetrwać go. Niby pewnie będę go spędzała z Nadią. Jakoś kiepsko się czuje. Odliczam dni do wyjścia jak jakiś więzień.

Czuje się lepiej. Patrzyłam na zasady panujące na OLZONie. 24 miesiące. Jeśli sesję psychoterapeutyczne odbywały się dwa razy w tygodniu to była by to namiastka tego oddziału. Zamysł jest dobry. Gdyby istniała alternatywa jako oddział dzienny. Wypełniło by to lukę w systemie leczenia psychiatrycznego.

Strony: 1 2 3 4

Fediverse reactions

0 0 głosy
Ocena artykułu
Subskrybuj
Powiadom o
guest
0 Komentarze
Opinie w linii
Zobacz wszystkie komentarze