Okay, ten temat jest dla mnie bardzo ważny, bo dotyka po części też mnie. I dotyka też bezpośrednio ważnych kwestii związanych ze zdrowiem psychicznym jako osobistym i nadrzędnym dobrem, do którego prawo ma każdy z nas.
(Przy okazji chciałam nieskromnie poprosić o życzonka bo wielkimi krokami zbliżają się moje 21. urodziny – bo czemu nie… stara się robię pomału, grrrr…)
Gdy obojętność zabija…
Niejednokrotnie byłam świadkiem sytuacji, w których ktoś z góry zakładał, że problemy związane ze zdrowiem psychicznym to wynik czyjegoś „niechcenia się” i lenistwa tak jakby można było się ich pozbyć razem z pstryknięciem palcami. Niejednokrotnie słyszałam uogólniające i potencjalnie szkodliwe rady dotyczące rozwiązań problemów psychicznych, które za każdym razem wkurzały nie tak samo bardzo. Były szkodliwe, bo budowały narrację w której lekarstwem na depresję czy lęk są na przykład spacery czy unikanie oglądania telewizji. Tak, zdrowy styl życia może być ważny, ale zwykle nie jest on jedynym czynnikiem profilaktyki w zaburzeniach psychicznych.
Takie teorie są podwójnie krzywdzące; po pierwsze utrwalają stereotypy, ponadto bagatelizują potrzeby osób, które wymagają zaangażowania innych, prowadząc do poczucia wstydu i w konsekwencji odczuwania stresu mniejszościowego a ja jako otwarcie wyoutowana osoba trans i tak doświadczałam poczucia niedopasowania. Czułam się jak mały klocek – wyrwany z wielkiej układanki i pozostawiony sam sobie wobec bezmiaru przestrzeni.
Generalnie bardzo denerwuje mnie koncept, który zakłada ocenianie kogoś w kontekście „inności” tylko dlatego, że choruje na przykład na depresję. To, że czyjegoś problemu nie widać nie oznacza, że go nie ma. Idąc tym tropem – dlaczego ludzie respektują istnienie atomów jeśli ich nie widać? – takiego pytanie należy użyć biorąc pod lupę argumenty niektórych. Bo zdrowie psychiczne i zdrowie somatyczne to jedność. Nienawidzę podziału na „psychiczność” i „fizyczność”, bo jest on bezsensowny i po prostu sztuczny. Zdrowie emocjonalne zależy wręcz od aktywności elektrycznej mózgu i stężenia neuroprzekaźników – czysta fizyka.
Przy okazji tak – nie ma czegoś takiego jak „zmyślanie” gorszego samopoczucia, udawanie, że jest się w gorszym stanie, niż jest on na prawdę w kontekście prób zwrócenia na siebie uwagi. To bzdurne i niestety – utrwalone stereotypy. Ja widzę je od innej strony. Widzę cierpienie – obkupione bólem i łzami tak samo, jak każde inne. Jeśli ktoś tak otwarcie mówi o swoim stanie narażając się na stygmatyzację, to nawet jeśli faktycznie przesadza – jak musi być niska samoocena tej osoby, że posuwa się do kroku, który jest aż tak drastyczny? To samo w sobie implikuje kryzys i potrzebę wsparcie, nie bezkonstruktywnej krytyki. To nie jest symulacja – to przedstawienie swojego kryzysu – tylko od innej strony. Nie ma pomocy mniej i bardziej godnej.
Mi – jako osobie zmagającej się z zespołem centralnej sensytyzacji i depresję zależy na burzeniu granic i sprowadzaniu stereotypów na ziemię w szczególnym stopniu. Niejednokrotnie w domu, w szkole i wśród innych bliskich osób, wśród których myślałam, że mam oparcie doświadczyłam braku akceptacji i niezrozumienia. Kilka razy prawie skończyło się tragicznie. Dlatego chciałam napisać coś, co w mojej ocenie jest po prostu ważne.
Kilka słów o tym, jak emocje zaburzają zdolności poznawcze
To jest bardzo ciekawy temat. Niejednokrotnie słyszałam od innych, że mogłabym zostać psycholożką, że mam ogromny poziom samoświadomości a przy tym jestem nad wyraz dojrzała emocjonalnie. Ale ja tego nie widziałam, pomimo że chciałabym bardzo. Nie umiałam odnieść do siebie wiedzy jaką mam i jaką dysponuję w zakresie emocji – a niejednokrotnie słyszałam, że jest ona spora.
Myślę że to jest „clue” tego jak emocje zaburzają zdolności poznawcze – w tym wypadku zaniżają. Różne czynniki – „anksjo”, czyli stresowe; porównawcze – zazdrość oraz euforyczne – związane z wysokim poziomem zadowolenia i radości a także wiele innych stanów emocjonalnych – powodują względne i pozorne przeciągnięcie odczuwanego stanu racji na szalę aktualnie przeżywanej emocji. I jest to tym większe zakrzywienie, im silniejszy jest stan emocjonalny wpływający w danym momencie na procesy myślowe.
W takim układzie wyróżnia się zaburzenia treści myślenia – czyli na przykład: „jestem zła i do niczego” wynikające z długotrwałego przesiąknięcia myślami rezygnacyjnymi możliwie w epizodzie ciężkiej depresji; oraz zaburzenia treści myślenia. Tu za przykład może posłużyć ogólna drażliwość i skłonność do wpadania w stan rozkojarzenia lub wręcz dysocjacji – w sytuacji nasilonego lęku. W skrócie – zaburzenia formy myślenia: tego jak przebiega myślenie w kontekście samego w sobie procesu psychicznego; zaburzenia treści myślenia – tego jaki kształt przybierają konkretne myśli, wyobrażenia.
Moje doświadczenia są zgodne ze współczesną doktryną przyjmowaną przez większość specjalistów
Od 14. roku życia zmagam się z depresją. Niestety mogę z bólem przyznać, że w Polsce pod względem tego, jak inni oceniają osoby chore – nie powinno się chorować na depresję. Oczywiście jest to wyłącznie bezsensowny i bzdurnie utrwalony stereotyp. Ale powszechnie, krzywdzi. Tymczasem prawda jest nieubłagana – osoby chore na depresję nie poradzą sobie same.
W moim przypadku – nasilenie epizodów zakrzywiało myślenie. Najpierw nie chciałam iść do psychiatry, „bo co powiedzą inni”, potem był lęk przed pójściem do szpitala, tłumaczony rzekomą większą priorytetowością innych – aby nie marnować miejsca. W tamtym momencie deprecha wjechała już bardzo mocno i bezwzględnie potrzebowałam interwencji specjalisty. Ostatecznie moje myśli zboczyły w kierunku „nie chcę brać leków, może będzie tak źle, że to zrobię” – niestety wiadomo o co wtedy chodziło.
Dużym problemem była dyssymulacja, czyli tak zwane „grane twardej”. Udawanie silniejszej było z jednej strony mechanizmem ratunkowym – broniło mnie przed przyznaniem się do własnej słabości. Z drugiej strony otwarte zakomunikowanie, że coś jest nie tak – przynajmniej najbliższym – uchroniło by mnie przed ekstremalnym zaognieniem stanu, do tego stopnia, że podjęłam krok, który gdyby nie kilka przypadkowych osób, mógłby okazać się ostateczny. A ja nie poznałabym na nowo świata bez objawów depresji, który jak się okazuje może być też różowy i słodki.
Przy czym chciałam zaznaczyć że w obowiązującej w Polsce (jeszcze) międzynarodowej klasyfikacji chorób w wydaniu dziesiątym – ICD-10 nie ma takiej stricte diagnozy jak „depresja”. Jest „epizod depresyjny” i dla rozróżnienia są wyróżnione:
- epizod depresyjny łagodny,
- epizod depresyjny umiarkowany,
- epizod depresyjny ciężki bez objawów psychotycznych,
- epizod depresyjny ciężki z objawami psychotycznymi;
Przy okazji ciekawe czym się różni „sam” ciężki epizod od ciężkiego z objawami psychotycznymi. Bo sama w sobie „psychoza” odnosi się do stanu, w którym występują urojenia – czyli myśli „nieprawdziwe”, o treści niekompatybilnej z rzeczywistością. Tymczasem już sama depresja może zakrzywiać światopogląd. Moim zdaniem rozróżnienie między depresją a psychozą polega na krytyczności i dystansie w stosunku do przekonań? Ciekawy temat – bo wielu lekarzy ocenia to całkiem inaczej, a ja bazuję na ich – jak widać niejednoznacznej – ocenie. Granica jest bardzo względna…
W moim przypadku zdiagnozowano epizod depresyjny ciężki bez objawów psychotycznych. Obecnie pozostaje on w remisji, jednak bazując na własnych doświadczeniach – depresja to choroba przewlekła. kluczowym czynnikiem wpływającym na zmniejszenie ryzyka pojawienia się kolejnych epizodów jest prawidłowa profilaktyka. Czyli regularna farmakoterapia, psychoterapia i wyeliminowanie z życia czynników anksjogennych.
Co mogę ci poradzić, jeśli to czytasz…
Depresja to wstrętne dupsko, nie wybiera. Chociaż udało się wyodrębnić pewne czynniki wpływające na ryzyko pojawienia się depresji – często powodują one jedynie eskalację problemów, które w jakimś stopniu tlą się już od dawna.
Ze swojego doświadczenia – to co jest nazywane w psychologii i psychiatrii anhedonią, czyli stanem objawiającym się brakiem jakichkolwiek emocji jest w praktyce objawem ekstremalnego przeciążenia organizmu. To nie jest tak, że nic się wtedy nie czuje – po prostu wszystkiego jest tak dużo, że ogrom bodźców zaczyna przekraczać poziom, jaki zdolny jest przetworzyć mózg. W efekcie wszystko zlewa się w przerażający, jednostajny szum. On przytłacza, pozbawia nadziei, ale da się z tego wyjść.
Tym, co mogę ci poradzić jest zmiana stopnia natężenia czynników systemowych, jakie wpływają na stan afektywny – innymi słowy odcięcie się od nich. Nie masz obowiązku przebywać wśród rzeczy i osób, które sprawiają ci dyskomfort, nie masz obowiązku uczestniczyć w sytuacjach, których nie lubisz. Brzmi prosto, ale tak jest – każdy stres oddziałuje na nasz mózg. to tak samo jak z wagą – 11 odważników 100-gramowych przeważy jeden kilogramowy. Lubię używać konkretne tego porównania.
Dbając o swój stan nie musisz obawiać się o nikogo innego. Jeśli czujesz, że coś przekracza twoje granice – to jest to istotne. Nikogo nie urazisz. Wiedz, że nie pomożesz nikomu jeśli sam/sama będziesz potrzebować pomocy. I na odwrót – pomaganie innym może motywować i podnosić samoocenę ale ważne by oceniać się na miarę własnych możliwości i nie przeciążać.
Są rzeczy, o których nie chcę mówić
I powiem to wprost – nie chcę i wręcz uważam, że nie powinnam udzielać żadnych porad odnośnie samej formy leczenia jeśli chodzi o farmakologię. Ważne, aby wiedzieć, że w Polsce do psychiatry możesz dostać się bez skierowania – on przepisze ci leki. Doradzanie a tym bardziej informowanie skąd w sposób poza oficjalnymi ścieżkami dystrybucji zdobyć leki – byłoby co najmniej nietaktem a być może nawet działaniem wbrew prawu.
Nie chciałabym też bezpośrednio doradzać z jakiej formy terapii skorzystać. Jest wiele nurtów psychoterapii – w tym najbardziej znane: poznawczo-behawioralna, psychodynamiczna i integratywna. Ale to, jaką formę wybrać zależy bezpośrednio od ciebie. To ty masz tu pole do decyzji. Tym bardziej doradzanie nie leży tu w mojej gestii, że nie ukończyłam terapii tak w „stu procentach”. Owszem – chodziłam z przerwami do różnych specjalistów, ale chciałabym maksymalnie zintensyfikować proces terapeutyczny. W tym celu zapisałam się do kolejki oczekiwania na 3-miesięczny oddział dzienny. Jak będzie – zobaczymy. Ukochana poleca.
Za to chcę powiedzieć i wręcz ciśnie mi się to na usta – system pomocy ma wciąż swoje ograniczenia. W szpitalu doświadczyłam wielu nieprzyjemnych sytuacji. jednak w mojej ocenie nie wynikają one wprost ze złej woli lekarzy, czy pielęgniarek. Uważam, że personel w miejscach, które niosą pomoc sam jest obecnie skrajnie przeciążony. Niestety – ciągłe zmęczenie i wymuszona nadproduktywność prowadzą do zwiększonego poziomu irytacji. Personel to też ludzie. Jednak oceniając to w kategoriach bilansu – pójście do szpitala uratowało mi życie.
Depresja zniszczyła mój układ nerwowy. W prezencie dostałam fibromialgię – czyli uszkodzenie neurologiczne polegające na hiperwrażliwości układu nerwowego. Bardzo przykry stan – w szczególności, że może mnie boleć stres, lub dotyk. Bo właśnie główny objaw fibromialgii – ból jest najbardziej uciążliwy. Kiedyś czułam do siebie wstręt, obarczałam się winą, bo „zareagowałam tak późno”. Obecnie mam trochę inne zdanie. „Fibrusia” jest ze mną i pozostanie przy mnie, a ja będę mieć bolesne świadectwo cierpienia. Tu nie chodzi o odpowiedzialność…
To wszystko mnie nauczyło otwartości i braku wstydu w komunikowaniu swojego stanu. To nie jest coś co ma się z automatu. Ja musiałam tego doświadczyć, by wyjść z bólu silniejsza niż kiedykolwiek wcześniej. Jestem Nadia, nie jestem depresją, cierpieniem, a moja wartość nie jest mierzona łzami. Jestem sobą. Byłam ważna z chwilą urodzenia i wciąż jestem. Każdy jest. Teraz o tym wiem.
JEŚLI W TYM MOMENCIE DOŚWIADCZASZ TRUDNOŚCI I POTRZEBUJESZ SIĘ WYGADAĆ NAPISZ DO NAS – [email protected]
JEŚLI CHCESZ UZYSKAĆ PROFESJONALNĄ PORADĘ I POMOC, SKORZYSTAJ:
- 116-111 – telefon zaufania dla dzieci i młodzieży
- 116-123 – telefon zaufania dla osób dorosłych w kryzysie emocjonalnym
Będzie dobrze a każdy sukces jest świadectwem twojej siły