
Ten wpis miał być kontynuacją dwóch poprzednich o „Sprawach trans-miastowych”. I szczerze mówiąc byłby, gdyby nie jedna rzecz, która bardzo mocno mnie urzekła.
Wyglądając zza szpitalnego okna widzę praktycznie samo centrum Warszawy. Nie powiem – okolica od razu wpadła mi w oko. W okolicy zachowało się dużo przedwojennej zabudowy, która moim zdaniem ma w sobie pewien rodzaj klasy a przy tym unikalności. Zestawiając ją z budynkami, które powstały chociażby 50 lat potem – na pewno wygrywa.
Choc nie wprawione oko nie znając charakterystyki obu stylów będzie miało kłopot z odróżnieniem eklektyzmu od secesji, uważam że współczesna zabudowa jest „mdła”. Rozumiem, że wpływ ma na to wiele czynników takich jak masowa produkcja prefabrykatów, czy komercjalizacja architektury. Są też obecne budynki, których styl również chwyta za serce.
Pomimo tego uważam, że starsze dzielnice z zabytkową zabudową mają to coś, co sprawia że są postrzegane jako piękniejsze. Jest to szczególnie wyraźne w Warszawie (vel Warkrau), gdzie secesyjne kamienice starły się z rakietami i bombami wystrzelonymi w czasie II wojny światowej. Po wojnie stolicę odbudowano w bardzo szybkim tempie niestety tracąc jej przedwojenny sznyt.
Ale nie byłabym sobą, gdybym nie postanowiła zmienić świata za pomocą narzędzi AI. Tym razem zamiast łączyć miasta – połączę epoki (wycinając lata 1939-1944/5 z całego biegu historii). Poznajcie nowe stare Warkrau.
Początek podróży
Ehhh… Wehikuł czasu jak zwykle musiał się zepsuć. Chińszczyzna jak nic. Ale z pomocom przyszło nam Gemini od Google, które zastąpiło wysłużoną maszynę. Efekty też są ok.
Długo negocjowaliśmy z Amelką gdzie by tu się wybrać. W końcu przedwojenna Warszawa też nie była mała. W końcu jednak skarb wygrał ❤️ Amelka zaprowadziła mnie do kościoła. Bynajmniej obie jesteśmy ateistami ❌⛪❌

Nie jest możliwe by tak wielka fanka organów nie chciała zagrać na przedwojennym, sprawdzonym sprzęcie. Tu wręcz się o to prosiło 🎹
Nadia w tym czasie zajęła się podziwianiem architektury. Aż łezka się kręci w oku jak wiele bomby zabrały kościołowi św. Aleksandra. Kiedyś jego dwie wysokie wieże strzelały w górę nadając bryle klasyczny, co wcale nie znaczy że mniej agresywny wygląd. Taki sam efekt dawał strony, kopulasty dach. Za to kolumnady przywodziły na myśl klasycystyczna kreskę projektu, dzięki któremu powstał.
Szkoda, że choć po wojnie kościół odbudowano, to jego forma jest dużo bardziej uboga. Teraz jest po prostu taką rotundą na środku dużego skrzyżowania. Mógł dalej zachwycać… A może dalej zachwyca, skoro jesteśmy w alternatywnej rzeczywistości?
Gdy Amelia skończyła grać poprosiłyśmy przechodnia o zrobienie nam wspólnego zdjęcia. Wiem, że klimat się ociepla, ale jak widać pogoda w latach 30. była raczej mroźna. Zmarzłyśmy 🍦
Czy tak właśnie robią mrożonki?
Spacer dobrze robi
Oddalając się od kościoła poszłyśmy nowym światem w górę i skręciłyśmy w Aleje Jerozolimskie. Idąc rozglądałyśmy się co chwilę skupiając spojrzenia na fasadach, których z perspektywy AD 2026 mogłybyśmy się spodziewać raczej w Krauszawie.
Ale w końcu zrobiłyśmy czas na odpoczynek. Nóżki nas obie bolały 🔥

Uwagę przykuła pierzeja kamienic przy Alejach, które wydawały się dziwnie znajome. I rzeczywiście, jakby spojrzeć na zdjęcia wykonane realnie – przetrwały wojnę w niemal nienaruszonym stanie.
I pogoda się poprawiła. Wyszło słońce i postanowiło nad troszkę upiec. W ten sposób spojrzałyśmy na drzewa rosnące wzdłuż ulicy.
Minęło stanowczo za krótko by ich gatunki zdążyły ewoluować, czego niestety nie można powiedzieć o pomysłach miejskich planistów. Miałyśmy wrażenie, że jest tam dużo przystępniej. Drzewo – jako element urbanistyczny wcale nie jest bez znaczenia. Poza samym efektem wizualnym redukuje poziom dwutlenku węgla a przede wszystkim – łagodzi skwar. Istnieją badania pokazujące jak bardzo nagrzanie dużych betonowych powierzchni wpływa na temperaturę latem. Czasem jest to nawet kilka stopni.
Dlatego po chwili ochłody nabrałyśmy sił i postanowiliśmy pójść dalej.
Jeszcze więcej odwróconej historii
Nadię dalej piekły nóżki ale Amelia była podekscytowana, że na horyzoncie jest kolejny kościół. I to nie byle jaki. Dlatego niestety mudiałyśmy się na chwilę rozstać. Amelia poszła zapytać proboszcza, czy może uruchomić piszczałki.
Nadia poszła w drugą stronę. I szła by dalej, gdyby w poprzek drogi nagle wyrósł wielki, budynek o monumentalnej klasycystycznej bryle.

Okazał się nim być Pałac Saski – potężny gmach w samym sercu miasta. Biła od niego taka klasa i elegancja. Jego fasadę przyjemnie oglądało by się na albumie wśród wystawy w akompaniamencie czegoś od Fryderyka Chopina. Oczywiście spod palców Amelii.
Przy okazji nadia zorientowała się, że warszawski Grób Nieznanego Żołnierza, jeden z najbardziej rozpoznawalnych pomników stolicy to w rzeczywistości ostatni fragment kolumnady, który przetrwał po wysadzeniu pałacu przez Niemców.
W AD 2026 prowadzone są debaty, czy gmach zasługuje na odbudowę. Niektórzy próbują argumentować, że był symbolem Warszawy, który trzeba przywrócić. Inni zarzucają, że nie ma pomysłu, co miałoby w nim być. Nadia nie zabiera zdania po żadnej ze stron ale jest pod ogromnym wrażeniem pałacu, który właśnie widziała.
W tym czasie Amelia skończyła kolejny już dzisiaj mistrzowski pokaz umiejętności gry na organach. Proboszcz płakał ze szczęścia jak słyszał. Po skończonej grze wyszła przed kościół.

Bazylika Archikatedralna Św. Jana wyglądała zupełnie inaczej. Jej obecna, uproszczona forma w niczym nie przypomina przedwojennej neogotyckiej elewacji. Była to jedna z zaledwie dwóch budowli w stylu neogotyku angielskiego, których istnienie zostało udokumentowane w Warszawie.
Ostre portale zachęcały do wejścia bogatą ornamentyką. Jednak jeszcze bardziej obie nas zachęcała tęsknota – by wrócić do siebie. Chociaż nie byłyśmy daleko, do punktu spotkania jechałyśmy zniecierpliwione.
Powrót do realnego świata
Pociąg do 21. wieku miał odjechać już wkrótce ale Amelii wciąż nie było. Bez Amelii Nadia nie wsiadła by nigdy nawet jeśli oznaczało by to wieczność w Warkrau z pomieszanej epoki.
W końcu jednak Amelia wysiadła z tramwaju. Przywitanie było namiętne.

Dworzec Warszawa Główna, chociaż mógłby być tylko punktem spinającym nasza podróż, stał się kolejnym przystankiem na naszej mapie. Potężna modernistyczna bryła w 1939 roku była jednym z najnowocześniejszych budynków w Polsce. Wysiadanie na podziemnych peronach, by potem udać się do ogromnej wysokiej hali z poczekalnia mi i kasami na pewno wywierało ogromne wrażenie, przynajmniej na nas wywierało.
Niestety, mniej niż pół roku przed wybuchem wojny w dworcu doszło do pożaru. Gmach poważnie ucierpiał a szansę na przywrócenie go do użytku ostatecznie przekreślili Niemcy wysadzając go w powietrze. Szkoda. Przez wiele lat po wojnie warszawa nie miała dużego głównego dworca z terminalem pasażerskim. W 1975. roku otwarto nowy dworzec – Warszawę Centralną. Bryła dworca centralnego, choć na swoje czasy była nowoczesna, dziś budzi kontrowersje s budynek pozostaje zaniedbany.
Po spędzeniu czułego kwadransu przed dworcem nadjechał pociąg PKP Intertime. Zdążyliśmy na ostatnią chwilę. Po przyjechaniu natychmiast padliśmy do łóżek zmęczone. W końcu nie spałyśmy prawie 87 lat.
Puenta
Choć opisałam tęsknotę do Warszawy, której już nie ma należy pamiętać, że nigdy w niej nie byłam. Urodziłam się w 2005 roku, 60 lat po zakończeniu wojny.
Pisząc to miałam jednak wrażenie, że w tej historii jest coś, co dalej jest aktualne. Odrzucając wcześniejszy, żartobliwy ton myślę, że tym czymś jest sam koncept przemijania. Brak pewności jakie będzie jutro, jeśli będzie ono w ogóle. Mogłabym to odnieść do siebie – do kryzysów i myśli rezygnacyjny g, w których tonęłam wielokrotnie.
Myślę jednak, że tym czymś są wojny. W samej II wojnie światowej zginęło więcej osób, niż zamieszkuje pojedyncze europejskie państwo. Całe rodziny ginęły, lub były zmuszane do porzucenia rodzimych stron uciekając w nieznane. Z bólem patrzę jak ten sam schemat powtarza się obecnie (na mniejszą skalę). Czy chcemy takiego jutra? Nie pozwólmy na to!